środa, 15 grudnia 2010

Nepal - część 3

Rano deszcz leje strumieniami i za nic nie chce przestać. Łudzę się, że może do czasu wymarszu minie, ale po 2-ch godz. wiem, że nie ma na to szans. Czeka nas więc 7-godzinna wędrówka w strugach wody. Fantastycznie... Dodatkowo odkrywam, że zgubiłam gdzieś czapkę, nie wiem czy będę miała gdzie kupić następną, za to wiem, że pod przełęczą będzie mi ona bardzo potrzebna. Przekopuję plecak, ale niestety, zguby nie ma. Postanawiam zamartwiać się tym później, póki co przeraża mnie ulewa. Teoretycznie jest już po porze monsunowej i niby nie ma prawa padać. Najwyraźniej deszcz nie zdaje sobie z tego sprawy. A co, jeśli będzie tak przez cały trek? Nie dość, że to nic przyjemnego iść ponad 300 km w deszczu, to jeszcze nie zobaczymy gór. Wychodzimy więc w raczej kiepskich humorach. Droga nie jest na razie trudna, wysokości nie są zbyt duże, w zasadzie idzie się łatwo. Po drodze mijamy wioseczki, pola uprawne, poletka na zboczach, wszystko nowe i egzotyczne, ale mało kto ma ochotę wyciągać aparat i robić zdjęcia. Ja też wolę nie ryzykować zalania sprzętu już pierwszego dnia trekkingu. Po ponad 4 godz. przerwa na zupę. Pomidorową. Ponieważ czas oczekiwania na posiłek znacznie różni się od europejskiego, postanowiliśmy że będziemy zamawiać to samo, żeby chociaż w ten sposób trochę go zaoszczędzić. I tak przez następne 14 dni jedliśmy pomidorówkę. Ale myli się ten, kto pomyślałby, że to monotonne, to naprawdę za każdym razem była inna zupa. Raz otrzymaliśmy nawet pomidorową z jajecznicą w środku! Po zupie jeszcze 2 godzinny marsz w deszczu. W końcu docieramy do schroniska w Jagat. Na szczęście zaczyna się lekko przejaśniać a sznury wody zmieniają się w lekką mżawkę. Jest nadzieja! Wieczór upływa na grze w scrabble, czytaniu książek, rozmowach. To reguła na szlaku, siedzi się razem w jadalni, bo najczęściej jest to jedyne ogrzewane w schronisku miejsce, ale też dlatego, że ma się czas na to, na co najczęściej brakuje nam go w naszym zwariowanym świecie – na bycie z drugim człowiekiem. Dla mnie ten wieczór kończy się niespodzianką, znajduję w głębi śpiwora swoją czapkę. Tylko po co ją tam wkładałam?

Rano budzi mnie jakiś szum. Z przerażeniem myślę, że to znowu deszcz, ale na szczęście okazuje się, że to pobliska rzeka a na zewnątrz świeci oślepiające słońce. Jejku, jak tu pięknie! Dopiero teraz, kiedy przestało padać widać dokładnie soczystą zieleń i ośnieżone szczyty w tle. Jeszcze nie ośmiotysięczniki, ale już mam przedsmak tego, co mnie czeka. Droga do Bagarchap ( 2100 m ) wydaje się przyjemnym spacerkiem, szybko się jednak przekonuję, jak bardzo się myliłam. Dobrze, że po drodze można zatrzymać się w mijanych wioskach i napić herbaty. To sposób Nepalczyków na zarabianie a mnie podtrzymuje to na duchu.




po drodze mijaliśmy pola, wioski jakby żywcem wyjęte z Dzikiego Zachodu oraz suszącą się paprykę


Po 9 godzinach docieramy do schroniska. Jestem wykończona i zaczynam powątpiewać czy dam sobie radę w wyższych partiach gór. Wieczorem jest zimno, jadalnia jest nieprzyjemna a jedzenie w smaku przypomina naftę. Jestem kompletnie zrezygnowana i szybko kładę się spać. Czy ja na pewno dobrze zrobiłam przylatując tutaj? Kolejna pobudka znowu przed szóstą. Dziewczyny na dźwięk budzika wsuwają się jedynie głębiej w śpiwory, ale ja dzielnie naciągam polar i idę przed schronisko umyć zęby. Wychodzę, patrzę na góry i staję jak wryta. Przede mną jest najpiękniejszy widok jaki kiedykolwiek widziałam. Złote szczyty na tle czarnych, uśpionych masywów. Właściwie najpierw pomarańczowe, później złote a na końcu srebrzyste, skrzące. Biegnę po aparat i już wiem, że przyjazd tutaj nie był pomyłką.


Po śniadaniu wymarsz. Jesteśmy na terenie tybetańskiego dystryktu Manang. Mieszkańcy to buddyści i widać to zarówno po mijanych po drodze wioskach z klasztorami, jak i po stojących na trasie kamiennych murach mani, czortenach czy młynkach modlitewnych. Coraz więcej też powiewających na wietrze flag modlitewnych, które najbardziej kojarzą mi się z Himalajami. Pewnie dlatego, że znam je ze zdjęć w albumach i gazetach. Wchodzimy coraz wyżej i robi się coraz chłodniej, ale zaczyna być to uciążliwe dopiero popołudniu i wieczorem, bo w ciągu dnia wciąż świeci piękne słońce. Po drodze do Chame- stolicy dystryktu, niespodzianka – zza jednym z zakrętów ukazuje się nam pierwszy ośmiotysięcznik – Manaslu.





Widok niesamowity: na wprost, przed nami ścieżka na obrzeżach lasu a za nią wielka, śnieżna ściana. Oczywiste jest, że mamy do niej wiele kilometrów. Jak więc potężna jest naprawdę? Nocujemy w niewielkich domkach u stóp górskiego pasma Lamjung. Kiedy leżę w łóżku przez okno widzę białe kolosy wyrastające jakby z ogródka otaczającego nasz hotelik. Czuje się tylko małym trybikiem we wszechświecie, ale jednocześnie czuję, że nawet w tak małej istocie jak ja, jest ukryty cały wszechświat. A tak się kiedyś śmiałam z ludzi, którzy opowiadali o duchowych przemianach. Wychodzę na ganek i patrzę w gwiazdy. Tu, gdzie nie ma elektryczności ( a nawet jeśli jest, to i tak jest wieczorem wyłączana ), niebo jest czarne czernią tak głęboką, że można się w niej utopić, gwiazd są tysiące i każda świeci jedynym, niepowtarzalnym blaskiem a wkoło jest spokój, który jeśli tylko się chce, można poczuć niemal fizycznie. Jest pięknie. Kolejnego dnia docieramy do granicy lasów. Zaczynają się wysokie góry. Docieramy do miejscowości Pisang, położonej na wysokości 3200m. Wczesnym popołudniem idziemy zwiedzać gompę, czyli klasztor lamajski znajdujący się w Górnym Pisangu. Klasztor jest nieduży, ale prześliczny i bajecznie kolorowy. Napotkany mnich otwiera go na nasza prośbę i pozwala zwiedzić w środku. Po wejściu mam wrażenie, że oto eksplozji uległ zbiornik z wszystkimi możliwymi barwami, najdziwniejsze jest jednak to, że pomimo swej krzykliwości i intensywności, nie ma się wrażenia przesytu. Jakoś wydaje się to naturalne. I bardzo mi się podoba. Siadam na schodach klasztoru, na wprost mnie masyw Annapurny, siedzę sobie, patrzę się i jestem szczęśliwa. Ciekawe czy ma to coś wspólnego z nirwaną?


klasztor i jego wnętrze



A wieczorem kolejna porcja scrabbli, pierożki momo i masala tea. Ależ będzie mi tego brakować po powrocie do kraju.


tu nocowaliśmy



wtorek, 14 grudnia 2010

Nepal - część 2

W stolicy spędzamy dwa i pół dnia. Wstajemy o 8-mej, co jest rozpustą zupełną, w górach o tej porze już dawno jest się w drodze, idziemy na śniadanie, później kawa, słońce świeci, nic nie trzeba, totalna beztroska. W końcu, wolnym krokiem podążamy do stupy Swayambunath. Wspina się do niej po stromych schodach, tłumnie obleganych przez małpy. Potrafią być agresywne, więc trzeba uważać, nie dokarmiać a zdjęcia robić z pewnej odległości. Stupa to buddyjska budowla sakralna. W Nepalu właściwie liczą się dwie religie – hinduizm i buddyzm, inne mają niewielką liczbę wyznawców i są najczęściej pomijane. Wyznawcy głównych religii żyją w zgodzie i nie dochodzi między nimi do spięć. Co ciekawe, część Nepalczyków deklaruje, że są wyznawcami zarówno buddyzmu, jak i hinduizmu i w niczym im ten dualizm nie przeszkadza. W niektórych częściach kraju wplatają w to jeszcze wierzenia animistyczne i przyznać muszę, że powstaje z tego taka plątanina, że trzeba być nie lada ekspertem, żeby orientować się w jej zawiłościach. Otoczenie stupy jest przepiękne. Misternie rzeźbione dzwonki modlitewne, posągi bóstw, egzotyczne smoki, kolorowe zdobienia. Na szczycie stupy wymalowane oczy Buddy a dookoła panorama Kathmandu z górami w tle. Pomimo olbrzymich różnic kulturowych czuję się tu bardzo swojsko.



Następnego dnia rano jedziemy do Bhaktapur – miasta, w którym czas zatrzymał się co najmniej sto lat temu. Oglądamy zarówno atrakcje turystyczne, jak i zwykłe domy i podwórka. Widzimy jak mieszkańcy myją włosy w kanałach przed domem, robią pranie w miskach stojących przed drzwiami, jak gotują, opiekują się dziećmi, jak żyją. Otacza nas bieda, ale ludzie są uśmiechnięci, życzliwi, spokojni. Poza dziećmi, które oblegają nas tłumnie prosząc o cukierka czy colę i które robią przy okazji niesamowity hałas. Ten spokój ludzi tu żyjących robi na mnie większe wrażenie niż mijane zabytki, chociaż i one nie pozostawiają mnie obojętną na ich urok. Bhaktapur słynie z rzemieślników wyrabiających rzeźbione okna i faktycznie, pełno ich wszędzie. Są wykonane z niezwykłą precyzją, uderzają pięknem i zawiłością wzorów. Są motywy roślinne, religijne, sceny z życia codziennego. A wszystko finezyjne, lekkie, koronkowe.


u góry - codzienne życie, poniżej jeden z wielu posągów w Bhaktapur




główny plac miasta - góra  i wejście do świątyni - na dole


Wracając zwiedzamy Durbar Square – najważniejszy plac w stolicy Nepalu. Jest to miejsce z nagromadzoną olbrzymią ilością świątyń, tętniące życiem dzień i noc. Tutaj też znajduje się pałac Kumari – żyjącej bogini. Kumari zostaje wybrana mała dziewczynka, u której mnisi zauważają cechy świadczące o tym, że bogini wstąpiła w jej ciało. Dziecko zostaje poddane próbom, które mają to potwierdzić i jeśli przejdzie przez nie pomyślnie trafia do pałacu i jest żyjącą boginią do czasu pierwszej menstruacji lub poważniejszego skaleczenia. Nepalczycy wierzą bowiem, że utrata krwi oznacza, iż bogini opuściła ludzkie ciało. Los dziewczynki jest smutny, zostaje ona odesłana do rodzinnej wsi, ale często rodzina nie chce jej przyjąć, bo to podobno przynosi pecha i nikt nie chce jej za żonę, więc kończy jako wyrzutek albo ( co podobno jest dość częste ) jako prostytutka. Dopóki jednak jest uważana za boginię jest ważną osobą, pomimo tego, że ma zaledwie kilka lat, bierze udział w obrzędach religijnych, ale udziela też porad królowi Nepalu, który sam zresztą jest uważany za atawara ( wcielenie ) Wisznu. Chwilami nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. Gdzie jeszcze, oprócz Nepalu, żyją na świecie bogowie?


wyżej - bogato zdobione okno w pałacu Kumari, na dole Durbar Square




a to już pamiątki z Nepalu


4-ta rano, dzwoni budzik. Jestem nieprzytomna. Kto wymyślił wstawanie o tej porze??? Ale nie ma czasu na marudzenie, za godzinę ma zjawić się autobus, który zabierze nas i naszych tragarzy do Besisahar skąd, już pieszo, ruszymy w góry. Niestety wcześniej trzeba się spakować. To największa bolączka wyjazdu – wieczorne rozpakowywanie i poranne pakowanie plecaka. Za każdym razem mam wrażenie, że rzeczy mi przybywa a plecak maleje. Kończy się tak, że upycham wszystko kolanem i szybko zapinam, żeby nie musieć robić tego ponownie. Wyruszamy punktualnie o 5-tej. To, że na ulicach jest pełno pojazdów a na poboczach tłumy ludzi, powoli przestaje mnie dziwić. Tu tak po prostu jest. Przyglądam się naszym tragarzom i zaczynam mieć wątpliwości. Część z nich to młodzi chłopcy a wszyscy bez wyjątku są mojego wzrostu i niewiele większej postury ( ja – 163 cm, 45 kg! ). Jak dadzą sobie radę z naszymi plecakami? Tym bardziej, że będą nosić po dwa, co w najlepszym przypadku oznacza 30 kg! Uspokaja mnie jednak to, że są rekomendowani, sprawdzeni i że w ogóle są. Nie wyobrażam sobie samej siebie z plecakiem na wysokości 5.000 metrów. Jedziemy już jakiś czas i zaczyna świtać. Powoli odsłaniają się serpentyny dróg, zielone zbocza pokryte ryżowymi terasami, malownicze wioski przycupnięte wysoko, wysoko. Większość osób w autobusie śpi, mnie jednak szkoda utracić choćby cząstkę tego, co mijamy. W południe dojeżdżamy do punktu, w którym musimy zmienić autobus, bo ten, którym jechaliśmy do tej pory ma niewystarczające opony. Jeszcze niczego nie podejrzewam. Przepakowujemy bagaże, wsiadamy i... w drogę. Nie zapomnę jej nigdy. Kilka razy znalazłam się prawie pod sufitem, gdy autobus wjeżdżał na wyboje i przejeżdżał po leżących na drodze głazach. „Droga” wiodła na zmianę przez: rowy, głazy, rzekę a nawet przez wodospad. Po prawej stronie od czasu do czasu pokazywało się urwisko a tylne koła, raz jedno, raz drugie, wisiały nad przepaścią. Szczególnie interesujący był moment gdy jakiś pojazd nadjeżdżał z naprzeciwka. Droga wydawała się wystarczająco szeroka dla jednego tylko wehikułu, a jakimś niepojętym cudem mieściły się oba. Wolę nie myśleć jaka część naszego autobusu znajdowała się poza stałym gruntem. Po godzinie takiego szaleństwa jesteśmy na miejscu. Zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji, jemy zupę i wkraczamy na szlak, który powiedzie nas dookoła Annapurny. Pierwszy dzień to tylko 1,5 godz. marszu, ale od jutra ulegnie to zmianie. Nocujemy w Ngadi, małej wiosce położonej na wysokości 960 metrów. Jemy kolację, śmiejemy się, pijemy herbatę z „antyamebą”, czyli z whisky. Z wrażenia długo nie mogę usnąć i patrzę w gwiazdy. Kiedy w końcu zasypiam słyszę jakieś pomruki a po chwili budzi mnie ulewny deszcz. Moja pierwsza burza w Himalajach.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Nepal - część 1

Zgodnie z obietnicą zasiadłam do porządków w zdjęciach i wspomnieniach. Część z nich pięknie wpasowuje się w zimową aurę. Skoro musi już być chłodno i śnieżnie, to mogłoby przynajmniej być równie wysoko i fantastycznie. Oczywiście pomijam fizyczne zmęczenie, o tym się na szczęście szybko zapomina. Zapraszam do Nepalu...


 Przygoda zaczyna się na Okęciu, godz. 9-ta rano. Jest nas 14 osób. Ostatnie telefony do rodzin, szybko, szybko. Nie bardzo jest czas, żeby poznać się ze wszystkimi, do tej pory mieliśmy tylko kontakt mailowy, ciekawe jak to się przełoży na znajomość w realu. Część grupy była już wcześniej w Himalajach, część się zna, dla niektórych – w tym dla mnie, jest to pierwsza taka wyprawa w życiu. Trochę się denerwuję, bo nigdy wcześniej nie leciałam samolotem, ale postanawiam traktować wszystko jak przygodę i czerpać z tego przyjemność. Zresztą szybko okaże się, że nie było czego się bać. Lecimy przez Moskwę, gdzie mamy 4-godzinny postój, który wykorzystujemy na nawiązanie znajomości i wypicie chyba najdroższej w życiu herbaty. Rosjanie najwyraźniej uparli się, żeby zniechęcić do siebie obcokrajowców. Obsługa niemiła, jakość podłą, ceny astronomiczne. Szeremietiewo ogólnie paskudne. Podobnie jak załoga Aerofłotu, którym przez 6 godz. lecimy do Delhi.

Lądujemy o 2-giej w nocy, samolot do Kathmandu mamy za kilkanaście godzin. Na lotnisku jest niewyobrażalny upał. My w ubraniach z naszej strefy klimatycznej i butach do chodzenia po górach ( bo ciężkie i lepiej je przewieźć na sobie, niż w plecaku, który ma limit kg ). Jest gorąco, duszno i śmierdzi. Po kilkunastu minutach stania w kolejce do odprawy paszportowej prawie mdleję. Nieźle- myślę sobie, jeszcze nie jestem w wysokich górach a już coś takiego. Ale kładę się na ławce, wypijam colę i szybko czuję się lepiej. Zostawiamy bagaże w przechowalni i taksówkami udajemy się do dzielnicy Paharganj, mekki bagpackersów. Jest 3-cia w nocy a na ulicach tysiące aut i niesamowity hałas. Kierowca upycha nas w samochodzie – tu nie obowiązują żadne limity, ile osób się zmieści, tyle pojedzie, włącza hinduską muzykę i jedziemy. Wszystko na drodze jest umowne, nie ma pasów ruchu, kto pierwszy ten lepszy, czerwone światło też można ominąć. Ruch lewostronny, pozostałość po Brytyjczykach, dodatkowo potęguje wrażenie chaosu. A to przecież środek nocy, więc i ruch uliczny mniejszy. W ciągu dnia miałam okazję się przekonać, że ta pierwsza jazda była wyjątkowo spokojna. Po 30 minutach zatrzymujemy się przed małym hotelikiem i wysiadamy wprost na śpiące w najlepsze krowy. Idziemy na dach i zamawiamy coś do picia. Za namową tych, którzy w Indiach byli już wcześniej, zamawiam ginger honey tea, czyli najzwyklejszą wydawałoby się herbatę z miodem i imbirem, ale tutaj smakuje wyjątkowo. Później zakocham się w mięcie z tymi samymi dodatkami, póki co piję to, co zamówiłam i oglądam budzące się Delhi. Około 6-tej idziemy na śniadanie. Robi się coraz goręcej a na ulicy, pomimo wczesnej pory, są tłumy. Część ludzi wciąż śpi, przykryta kartonami, obok wychudzonych krów i psów. Reszta zaczyna dzień. Dzieci idą do szkoły, sprzedawcy otwierają swoje kramy, ktoś je śniadanie, ktoś w zamyśleniu patrzy przed siebie. Na pierwszy rzut oka widać, że w tym mieście ludzi po prostu jest za dużo. Delhi ma 16 mln mieszkańców! Wszędzie panuje tłok, wszyscy przekrzykują się nawzajem, jedni się myją, inni rozpalają ognisko, żyją na ulicy, w niesamowitym brudzie, smrodzie i towarzystwie zwierząt. Idąc trzeba bardzo uważać, żeby nie wdepnąć w krowie odchody, ale Hindusom zdaje się to nie przeszkadzać. Zresztą, ja też szybko się przyzwyczajam. Delhi pomimo swego odrażającego, w pierwszym zetknięciu wyglądu, wciąga i fascynuje. Czuję, jak z każdą chwilą coraz bardziej wsiąkam w azjatycki świat, tak bardzo różny od naszego. Po śniadaniu wracamy na lotnisko. Będąc tutaj trzeba robić wszystko z należytym zapasem czasu, bo nigdy nie wiadomo, co może się przytrafić. Powinniśmy też upewnić się, czy kierowca wie, dokąd ma nas zawieźć. Chociaż i to nie daje nam żadnej gwarancji. Często zdarza się, że nie chcąc tracić klienta kiwa głową, że zrozumiał i wie a później zatrzymuje się w środku miasta oczekując od nas, że powiemy mu jak ma jechać dalej. Jazda przez Delhi w ciągu dnia uświadamia mi w jakim byłam błędzie sądząc, że to, co widzieliśmy w nocy, to był tłok. Dochodzę też do wniosku, że jedyną sprawną częścią pojazdu musi być klakson, bo używa się go w zasadzie bez przerwy. Jest tak głośno, że chwilami nie słyszę własnych myśli. Do tego dochodzi muzyka i zapach kadzidełek. Czy ja przypadkiem za chwilę nie zwariuję? Nasz kierowca jakby to usłyszał, zatrzymuje motorikszę na poboczu autostrady, wyłącza muzykę i opuszcza pojazd bez słowa. Po 10 min. zaczynamy się zastanawiać czy kiedykolwiek wróci. Po kolejnych 10 wraca i jakby nigdy nic odwozi nas na lotnisko. Indie, to tylko Indie.


wschód słońca w Delhi



 dzieci jadące do szkoły

 
Lot do Kathmandu trwa niecałe dwie godziny. Stolica Nepalu wita nas mżawką i... kwiatami. To nepalski przewodnik wita nas w ten sposób. Od razu robi się miło. Pakujemy się w busa i jedziemy do hotelu. Miasto w pierwszym momencie wydaje się podobne do Delhi. Ten sam tłok, bałagan, hałas. Jednocześnie jest zupełnie inne. Delhi to kocioł złożony z ludzi, zwierząt, zapachów, kolorów, hałasu. Kocioł, w którym pozornie nie ma już miejsca na nic więcej, a który jakimś cudem jest w stanie pomieścić każdego, kto chce się w nim znaleźć. W Kathmandu natomiast czuje się przestrzeń. A może to magia tej himalajskiej krainy sprawia, że nawet w zatłoczonych uliczkach czujemy podmuch wolności? Miasto oczarowuje mnie od pierwszych chwil. Tak bardzo, że po 30-godzinnej podróży zamiast iść do łóżka, idę uliczkami przed siebie. Szkoda czasu na spanie skoro wokół tyle niesamowitości – wesołe kolory, muzyka wylewająca się z kawiarnianych ogródków i okien na zewnątrz, w aksamitną noc, bujna roślinność, uśmiechnięci ludzie. Kiedy wreszcie usypiam śnią i się kolory i ośnieżone szczyty.



powyżej sklepik w stolicy Nepalu, na dole przykład wszechobecnych ciężarówek, prawda że piękna?



sobota, 11 grudnia 2010

Pomagacz

Czasem są chwile, że chciałby do niej zadzwonić, bierze telefon, obraca w rękach, przygląda się, wyświetla jej numer. Trwa chwilę w zawieszeniu, głośno wzdycha i odkłada aprat. Albo rano, przy przeglądaniu papierów służbowych, spogląda na zrobione przez nią zdjęcie i ma ochotę rzucić wszystko, wsiąść w auto i po prostu pojechać. Ale żeby nie trzeba było wracać. Wie, że to niemożliwe, więc tylko patrzy na ośnieżone bulwary nad rzeką i stara się zapomnieć o tych kilku wspólnych spacerach. W szufladzie ma kartkę od niej, taką słoneczną, ciepłą. Jak ona.

Są tygodnie, że o nim nie pamięta. A później jedna chwila, coś nieuchwytnego, jakieś drgnienie przypomina, że tak bardzo go brakuje. Bierze wtedy krople na serce i tabletki na spanie. Jakoś żyje dalej. Nie zawsze jej się chce, ale się stara. Uczy się nie czekać.

W dużym mieście, w pięknym domu z ogrodem - oni. Młodzi, niezbyt piękni, kiedyś szczęśliwi. On wiecznie zapracowany, wciąż nieobecny, ona maskująca cienie pod oczami i opuchnięte powieki ekskluzywnymi kremami "z górnej półki". Designerskie wnętrze, dwa samochody, pełne konto, brak miłości.

Albo tak: ona, on i jej przyjaciólka. Banalne? Ona chce mieć dziecko, on nie. Żyją więc jego wizją życia. W końcu on zmienia zdanie, ale wtedy okazuje się, że ona nie może zajść w ciążę. On odchodzi. Z przyjaciółką żony. Przecież usprawiedliwia go fakt, że właśnie zostanie ojcem. Najlepszym.

Chociaż zdarza się, że on zostaje. Cierpią wszyscy. Po jakimś czasie się układa. Ot, codzienność. Mały domek, praca, dzieci. Miło, letnio, bezpiecznie.

Bywa i tak, że jest piątka dzieci, mąż pije, żona nie pracuje i ciągle narzeka. On twierdzi, że już nie może słuchać tego wiecznego marudzenia, więc idzie z kolegami na wódkę. Ona wypłakuje się koleżankom, dzieciom, rodzicom. W niedzielę zgodnie idą do kościoła. On jej czasem przyłoży, ale przecież nie jest taki zły, każdy chłop musi czasem uderzyć i się napić. Po pijaku powoduje wypadek, trafia do więzienia. Ona szybko znajduje innego mężczyznę. Lepszego. Też wypije i czasem uderzy, ale przynajmniej ma kto o dom zadbać. On dowiaduje się o zdradzie żony i chce odebrać sobie życie. Przecież był dobrym mężem. I ojcem.

Może być jeszcze inaczej. Życie jak w bajce, dobre studia, świetna praca, kochający mąż, śliczne dziecko, plany na przyszłość i nagle diagnoza. Jak z tym żyć? I jak długo?

Życie. Zbyt duży temat, by się z nim zmierzyć. A jednak to robię. Codziennie. Wysłuchuję różnych historii, nasiąkam nimi, krążą w mojej głowie, sączą się w snach, czasem mam wrażenie, że prawie namacalnie ocierają się o moje życie. Bywa, że jest ich tak dużo, że wylewają się na zewnątrz.
Ludzie płacą mi za słuchanie. Lubię swoją pracę, ale w takim dniu jak dzisiejszy zastanawiam się czy to dar od losu czy przekleństwo?

Żeby nie zwariować upiekłam ciastka. Cynamonowe.




piątek, 10 grudnia 2010

Boska Greta :)

Tak się dziś czuję i chyba zmienię imię, to połączenie podoba mi się nadzwyczajnie. Ten tydzień dał mi duży zastrzyk energii, robiłam to, co lubię i w czym naprawdę jestem dobra. Dużo spacerowałam i myślałam. Kilka pomysłów powoli się wykluwa, chucham na nie i dmucham, pozwalam dojrzeć w cieple, mam nadzieję, że powstanie coś fajnego.

W przyszłym tygodniu zapraszam na opowieści nepalskie, posegregowane zdjęcia czekają, pora opowiedzieć o tej wyprawie.

Wracając do domu zrobiłam ostatnią fotkę do tej serii.