Mam kilka wspomnień z dzieciństwa, do których lubię wracać. Jednym z nich jest wspomnienie późnych piątkowych wieczorów, kiedy cała młodzież z mojego miasteczka szła do lokalnego piekarza po rogale. Stało się w kolejce i wymieniało nieśmiałe spojrzenia z miejscowymi przystojniakami, plotkowało z koleżankami, zaśmiewało z żartów opowiadanych przez kolejkowych zabawiaczy. A chwilę później wciągało w nozdrza zapach gorących rogali posypanych makiem. Jeszcze w drodze do domu odrywało się kawałek po kawałku i naciskało zębami na chrupiacą skórkę, by kilka minut później smarować złocisty środek świeżym masłem i aromatycznym, owocowym dżemem. Lubiłam patrzeć na rozpływające się na ciepłym jeszcze rogaliku masło, lubiłam nawet to, kiedy maślana strużka spływała mi po brodzie. Nawet dziś, kiedy zamknę oczy, przypominam sobie zapach i smak tamtych rogali.
Z maślanymi księżycami konkurować mógł tylko chleb, po który chodziłam z siostrą co sobotę, do innej niż ta piątkowa, piekarenki. Droga była dość odległa, ale chleb był wart tego, żeby ją przebyć. Brązowo-złoty, błyszczący, ze skórką trzaskającą pod naporem noża. Dla podkreślenia swej doskonałości potrzebował jedynie odrobiny masła i soli. Pachniał tak, że kręciło się w głowie.
Może moje wspomnienia są subiektywne. Z całą pewnością są. Może, a raczej na pewno, jadłam lepszy chleb i rogale niż te, o których tu mowa. Dla mnie jednak, pozostaną one na zawsze idealne i kojarzyć mi się będą z ciepłem, bezpieczeństwem i miłością. Czasem, kiedy przechodzę koło jakiejś piekarni, łapię ulotny zapach tamtych chwil i przez moment wydaje mi się, że czas się cofnął...
Co to ma wspólnego z Photo Day'em? Ano to, że odbył się w starym młynie, czyli tam, gdzie chleb ma swój początek.
Budynek z zewnątrz był niezbyt ciekawy, za to w środku mieścił pełno cudeniek do obróbki ziarna i wyrobu mąki. Ale nie wymagajcie ode mnie, żebym wyjaśniała to ze szczegółami. Ja się po prostu zachwycałam formą tych przedmiotów.